czwartek, 4 sierpnia 2022

Lipcowe opowieści i początek sierpnia

Jak ten zegar zwolnił. Czas płynie jakoś inaczej, kiedy za 44 minuty zaczynasz urlop*. Długo wyczekiwany urlop. Trudny czas za mną, trudne decyzje przede mną. Spróbuję się od tego odciąć i cieszyć się chwilami z Chłopakami. Na wszystko przyjdzie pora. A zanim ruszymy w drogę chcę choć krótko (a zobaczymy, jak wyjdzie) podsumować lipiec.
Muszę przyznać, że pomijając to, co się dzieje w firmie, to był całkiem przyjemny miesiąc. Taki jak lubię. Wypełniony spotkaniami, smakami, kolorami i krótkimi wypadami. 

Za nami kilka spotkań: zaległe urodziny mojego Chrześniaka i pierwsze spotkanie z jego nowym braciszkiem. Tydzień później rewizyta u nas w poszerzonym składzie: Chrzestny Tygrysa (=Tata mojego Chrześniaka, a żeby bardziej skomplikować, to jednocześnie syn mojej Chrzestnej i Chrześniak mojego Taty w jednym, a żeby było jeszcze ciekawiej jego dziadek to chrzestny mojego Taty, który jak już wiecie jest chrzestnym chrzestnego Tygrysa. Hi, hi, bardzo rodzinnie nam poszło, ale to oznacza, że dobrzy ludzie z nas wszystkich i to od pokoleń czterech; ciekawe czy nasze dzieci pójdą tą drogą) i Jego brat z rodzinami u nas. A następnego dnia wizyta w uroczym miasteczku na Podlasiu u jeszcze bardziej uroczej rodziny. Też niesamowita historia... K. poznałam, kiedy zaraz po adopcji, trafiliśmy z Tygrysem do szpitala. To Ona mnie wszystkiego przy maluchu uczyła i wspierała w niełatwej dla nas wtedy sytuacji. Znajomość  przetrwała mimo upływu lat. Nie widujemy się za często, ale myślimy o sobie, dzwonimy w miarę możliwości. Bardzo cenię sobie takie relacje. Odległość i upływ czasu nie ma na nie wpływu. Tydzień później kolejne spotkanie. Tym razem u nas. Wizyta naszych Przyjaciół z dziećmi. Wytęsknione spotkanie, a znajomość jeszcze z czasów studenckich. Ważna dla mnie. I to nie koniec atrakcji... Imieniny białostockiej Babci Tygrysa i wreszcie na koniec miesiąca 60 urodziny mojej chrzestnej (jak pisałam wyżej: mamy chrzestnego Tygrysa i córki chrzestnego mojego Taty, ależ to fajne). Ciepłe, rodzinne spotkanie. Chrzestna to ważna osoba w moim życiu. Wogóle to niesamowite, że nią została. Dla mnie to działanie Ducha Świętego. Przecież zwykle wybiera się do tej funkcji rodzeństwo rodzone, a tu stryjeczne i to oboje ze strony mojego Taty. Z siostrami moich rodziców nie jest mi zupełnie po drodze, z chrzestnym podobnie (niestety w tym roku odszedł), a tu wybór, jak dla mnie. Dzięki niej w dużej mierze jestem w tym miejscu w życiu, w którym jestem. Z racji na odległość i obowiązki nie widzimy się za często, ale wiem, że zaplecze modlitewne z Jej strony mam zapewnione. 

Cieszę się z każdego z tych spotkań. Ciągle mi mało. Jeszcze inni czekają, ale miesiąc też ma swoją ograniczoną pojemność. Może uda się nadrobić w sierpniu, choć ten z racji na urlop będzie krótki. Ale oprócz spotkań z bliskimi osobami, udało nam się dotrzeć do dwóch miejsc, które bardzo lubimy. Pierwsze to Europejska Wieś Bociania w Pentowie. W zeszłym roku się nie udało, więc w tym wpisaliśmy to miejsce w nasz grafik. Nie raz wspominałam o naszej sympatii do boćków, a tam w zasięgu wzroku jest ich naprawdę sporo. Kiedyś już pisałam o Pentowie, o TU (jaki Tygrys tam mały :). Akurat trafiliśmy na moment, kiedy młode zaczęły startować z gniazda. Uroczo to wygląda, choć momentami miałam obawy co do bliskiego spotkania z dziobem. Przy okazji zwiedziliśmy synagogę. Tygrys bardzo chciał, więc skorzystaliśmy, a po wyjściu deszcz przegonił nas do domu.


Nasze wiejskie boćki też weszły w etap intensywnych ćwiczeń. I chyba nie miały jeszcze bliskiego spotkania z człowiekiem, bo jak gdyby nigdy nic spacerowały sobie po boisku, dosłownie 10-20 metrów od nas, zupełnie nie bojąc się ani nas, ani piłki. Pewnego dnia, gdy Tata z Tygrysem grali w piłkę, bociek stanął sobie na bramce. Taki to bramkarz. 


Troszkę bliżej niż do Pentowa mamy do Ziołowego Zakątka, do którego od lat lubimy wracać, wędrować znajomymi ścieżkami, oglądać nowe aranżacje. Tygrysa za każdym razem ciągnie do zwierzątek i wyczekuje momentu przejścia po belach na stawie. W tym roku łatwo nie było, bo rośliny się rozrosły, Tata musiał wspomóc Chłopaka w miejscu, gdzie było dużo pokrzyw. Za każdym razem w tym miejscu przypominamy sobie historię sprzed kilku lat, kiedy to mały Tygrys chciał iść "siam" i po chwili łapałam Go za kaptur. Mnie niezmiennie zachwyca Kościółek i jego otoczenie. Odnalazłam relacje z poprzednich lat (o TU i TU). 












Wogóle na naszym boisku sporo się dzieje. 1 sierpnia był ruch jak na ulicy wielkiego miasta. Starsi chłopcy mieli trening, a strażacy z OSP i mieszkańcy wsi mieli trening przed gminnymi zawodami pożarniczymi. Jak co roku ze względu na urlop nas ominą. Ale codziennie mamy okazje podglądać wprawki. Naprawdę robi to wrażenie, a w upalne dni chłodzenie. 1 sierpnia działo się wyjątkowo dużo i naszła nas refleksja, że naprawdę mamy za co być wdzięczni. Za wolność (oby jak najdłużej), pasję, chleb.... I można dopisywać bez końca. 

Lipiec to kolejne zbiory i smaki zamknięte w słoikach. Korzystaliśmy z samozbiorów borówki na pobliskiej plantacji. Teraz czekamy na maliny. Na jeżyny nie zdążyliśmy się wybrać. W ogrodzie wreszcie zakwitła juka. Od dawna zachwycałam się tym kwiatem w ogródkach innych, wreszcie i nasza się rozbujała. Teraz czekamy na słoneczniki, które właśnie się zażółciły (dostałam przed chwilą zdjęcie od Taty Tygrysa). W okolicy ich nie brakuje, w tym roku nie widać rzepaku, a pełne pola słoneczników. Robią niesamowite wrażenie. Zjadamy już pierwsze pomidorki. Cukinia musi poczekać na nasz powrót z urlopu. Tradycyjnie nieźle obrodziła. 












Lipiec przyniósł kolejną zmianę w domu. Tata Tygrysa ułożył płytki na schodach (stąd te ubrudzone ręce na zdjęciu z marchewką :). Wreszcie wejście do domu pięknie wygląda. Każda zmiana cieszy, a na tą czekaliśmy ponad trzy lata. Miał też Tata Tygrysa inne atrakcje na rozpoczętym 1 sierpbia urlopie. W szczycie domu gniazdo urządziły sobie szerszenie. W takim miejscu, że samemu trudno by się było dostać. Straż nie przyjeżdża już do takich sytuacji. Na szczęście udało się znaleźć fachowca i ja opanować. 



Tygrys korzysta z wakacji. Nieszczególnie tęskni za szkołą (no może za grą w papierową piłkę na przerwach). Poza chwilami, kiedy gra z nami w piłkę i się nudzi (to naprzemiennie, bo zajęcia sam nadal nie potrafi sobie zorganizować), spotyka się z sąsiadkami i sąsiadem, tymi którzy akurat są dostępni. Wszystkim razem niekoniecznie  po drodze. Poza tym raz udało Mu się odwiedzić przyjaciela ze szkoły, a tej chwili (gdy pisałam wcześniej :) kopią w piłkę u nas. Przynajmniej ma Chłopak zajęcie, a ja będę mogła spokojnie nas spakować. A jutro ruszamy na południe Polski. Do napisania/przeczytania.

* Post pisałam popołudniu, późną porą kończę

4 komentarze:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale u Was uroczo i tyle roślin wokoło. U nas w tym roku wycieczek niewiele, ale dobrze u innych ogląda się zdjęcia z wyjazdów :)
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń