Podczas starań o adopcję musieliśmy odpowiedzieć sobie na wiele pytań. Jednym z najważniejszych było: czy informujemy Dziecko o fakcie, że zostało adoptowane. Nie mieliśmy wątpliwości, że ma prawo do prawdy. Teraz, na co dzień jakoś intensywnie nie myślmy o tym. Jesteśmy rodziną, jak każda inna. Od czasu do czasu mówimy Tygrysowi, w jaki sposób pojawił się w naszym życiu. Nazywamy Go Synkiem z serduszka, ale częściej mówimy Mu, jak bardzo Go kochamy. Mamy wrażenie, że jest z nami od zawsze i czasami przyłapujemy się na tym, że sami zapominamy, jaką drogą do nas trafił. Ale nigdy nie zamierzamy przez Nim tego ukrywać.
Przez kilka najbliższych lat rozmowy będą proste. Ale z czasem pojawi się więcej pytań. I to jest zupełnie naturalne. Każdy ma prawo do prawdy. Do poznania swoich korzeni. Mam tylko nadzieję, że tę drogę przejdziemy wspólnie, że pomożemy uporać się Synkowi z sytuacją, bo nie ma co się oszukiwać nie będzie łatwa. Ale tak szczerze mówiąc, czasem ogarnia mnie strach. Czy staniemy na wysokości zadania? Czy podołamy? Przed adopcją wkurzało mnie, jak słyszałam, że ktoś nas podziwia. W tej chwili zaperzam się, jak ktoś mówi, że jesteśmy tacy fajni, że na pewno sobie poradzimy w przyszłości. Tylko czy ta fajność wystarczy? Czy wystarczą pokłady miłości, którą otaczamy Tygrysa my, Dziadkowie, najbliżsi, przyjaciele? My ze swej strony zrobimy wszystko, żeby pomóc Synkowi przejść ten czas, ale tu chodzi też o Niego. O Jego wrażliwość. Wewnętrzną siłę. Czasem martwię się czy udźwignie prawdę? Czy zrozumie? Czy wybaczy? Momentami widzę smutek w Jego oczach i zastanawiam się czy nie rozumie więcej niż nam się wydaje. Czy nocne płacze nie znaczą czegoś więcej. Może nocą MB przeżywa, tęskni, a On to odbiera. Być może przesadzam, ale to wszystko z troski i miłości.

Tak, jak napisałam na początku – w codziennym zabieganiu nie myśli się o tym na okrągło. Ale czasem jakaś rozmowa, melodia, obraz wystarczy, żeby przez kilka dni nie móc przestać myśleć. W wigilię Dnia Babci obejrzeliśmy film, który zapadł nam głęboko w serca. October Baby. Nigdy nie słyszeliśmy o nim. Poleciła nam go Przyjaciółka. Wiedziałam tylko, że dotyczy adopcji, chociaż jak się okazało to jeden z elementów. Wiodącym jest aborcja i wszystkie jej konsekwencje. Dla matki biologicznej. Rodziny adopcyjnej, a przede wszystkim dla dziecka. Aborcja dla wielu rodzin adopcyjnych będzie też tematem do przepracowania. Nie w tak dramatycznym wymiarze, ale wiele MB albo samych skłaniało się do zabiegu, albo wysłuchało podszeptów np. partnerów.
Nie chcę opisywać szczegółów. W internecie znajdziecie i opis i opinie. Niejednokrotnie negatywne, chociaż podejrzewam, że tylko dlatego, że to kino chrześcijańskie. Co jest krzywdzące, bo to naprawdę poruszający obraz i doskonała rola głównej bohaterki. Dramat dziewczyny, przed którą ukryto prawdę o jej pochodzeniu. Film, który pokazuje drogę nam rodzicom adopcyjnym. A drogowskazy to:
PRAWDA – to jest dla nas oczywiste i na ile będziemy mogli wesprzemy Tygrysa w dotarciu do niej. Prawda dotyczy też nas – rodziców. Nie możemy zapomnieć, że nasze dziecko ma też rodzinę biologiczną. I przyjęcie tej prawdy pozwoli nam w przyszłości zbudować relacje z nią, jeśli będzie wola z obu stron. Od razu dodaję, że piszę to w kontekście naszej sytuacji. Historia historii jest nierówna.
WYBACZENIE – wierzę, że dzięki naszemu wsparciu i pomocy z góry, nasz Syn znajdzie w sobie siłę, by zrozumieć i przebaczyć przede wszystkim MB. Bez przebaczenia nie pójdzie do przodu. I dotyczy to również MB i nas. Może nie w stosunku do wspomnianej, raczej do jej otoczenia. MB możemy być tylko wdzięczni, że za ścianą śpi (póki co spokojnie) nasze Dziecko. Dziecko, któremu pozwoliła żyć i zrobiła, co mogła by było szczęśliwe.
MIŁOŚĆ – tu komentarz jest zbędny.
Jedna z ostatnich kwestii głównej bohaterki sprawiła, że oboje płakaliśmy. I tak szlochając nad Tygrysim łóżeczkiem sprawiliśmy, że tym razem obudził się przez nas.