poniedziałek, 6 września 2021

Tygrys w szkole

Próbuję poukładać te wszystkie emocje, które od kilku dni są we mnie... Niedowierzanie, strach, dumę, radość. Kotłuje się to wszystko. Mimo, że szkoła stała się faktem, nie dociera do mnie, że nasz mały Chłopczyk zasiadł w szkolnej ławie. Przecież dopiero co dzieliłam się z Wami wrażeniami z przedszkola. To było tak niedawno. Tymczasem już dwa razy odprowadziłam Synka do szkoły. 
Tyle emocji we mnie, a co dopiero w tym małym Człowieku, który ma w sobie wiele strachów/ograniczeń. Nie tylko przed nowym, ale również związanych z tłumem (a nawet pojedynczą osobą tuż obok), hałasem,  dynamiką. A tego akurat w szkole, przynajmniej na przerwach nie będzie brakowało. I to mnie przeraża. Być może ktoś uzna, że jestem przwrażliwiona, ale widzę, jak Chłopak reaguje. Nawet w drodze do szkoły, jak tylko ktoś z boku przechodzi, spina się, robi się sztywny, a głowa chodzi Mu na okrągło wypatrując, z której strony przyjdzie zagrożenie. W środowisku kolegów w klasie, kiedy już lepiej pozna wszystko i wszystkich, da radę. Z nauką też, bo lubi poznawać nowe rzeczy. Ale przerwy, dojście do szkoły i klasy (od października samodzielne) będzie nielada wyzwaniem. Do tego jeszcze ten trudny covidowy czas, obostrzenia. Niełatwe to wszystko.


To moje odczucia, a co na to wszystko Tygrys? Muszę przyznać, że Chłopak jest naprawdę dzielny. W stosunku do doświadczeń przedszkolnych to (póki co) inna jakość. Myślę, że Synek bardziej polubi szkołę, choć trudno oceniać, bo za nami zaledwie dwa dni. Płaczu nie było, ale przerażenie już tak. Na szczęście potrafi już wyartykułować swoje strachy. Przyjmowaliśmy je, utulaliśmy, tłumaczyliśmy, mówiliśmy o tym, jak sami czujemy się w nowych sytuacjach (akurat oboje niezbyt komfortowo). Najtrudniejsze są noce. Przed 1 września chwyciliśmy za książeczkę o pierwszaku Mumisiu. Bardzo nam pomogła oswoić się ze szkołą. Okazało się, że i w szkole Tygrysa na ścianach są gabloty z pucharami, ale chyba większą radość sprawiło Chłopakowi wypatrzenie zdjęcia sąsiadki na szkolnym korytarzu. Myślę, że poczuł się raźniej. Przed wyjściem w czwartek i piątek było delikatne marudzenie, ale w porównaniu do tego, co się działo w przedszkolu (nawet ostatniego dnia) to luz. 

1 września... Mama postanowiła podchodzić do sytuacji na luzie, po czym okazało się, że spodnie są ciut przy krótkie. Tego się nie spodziewałam, ale w końcu jakieś udało nam się znaleźć. Tygrys wyglądał tak pięknie, że zaobsorbowani robieniem zdjęć, mało nie spóźniliśmy się do szkoły. Na szczęście przedszkolny Kolega trzymał Synkowi miejsce. Chłopakom było raźniej. Gorzej z koleżanką/siostrą bliźniaczką, która nie znała żadnej dziewczynki. Z naszej grupy było tylko troje dzieci, pozostałe rozdzielono do różnych klas, choć przy zapisach deklarowano, że szkoła stara się, żeby dzieci z jednego przedszkola były razem. Mi akurat to nie przeszkadza. Wręcz zależało mi (o czym kiedyś pisałam), żeby pewnych chłopaków nie było klasie (Synkowi zresztą też). Tygrys z B. bardzo się lubią. Mi mentalnie pasują Jego rodzice. To dobra podstawa na początek, a z czasem pozna innych kolegów. 

Pani podtrzymała dobre wrażenie, które wyniosłam z wcześniejszej współpracy. Uważam, że trafiliśmy naprawdę dobrze. Jest ciepła, serdeczna, zatroskana o uczniów i bez krzyku potrafi ogarnąć swoją gromadkę (i rodziców też :). My w swojej pracy widzieliśmy już różne rzeczy, a to jedna z niewielu nauczycielek, której ze spokojem powierzamy swoje dziecko. Do tego pani ma też pierwszaka, więc rozumie nas - rodziców. Tygrysa wrażenia też jak najbardziej pozytywne. Charakterologicznie to typ, który naszemu Dziecku pasuje. Mam nadzieję, że to pierwsze wrażenie utrzyma się. 

Dzieci powitała nie tylko wychowawczyni, ale również dyrektor i pierwszy dzwonek. Przestraszył naszego Młodzieńca, ale to było z zaskoczenia. Będzie musiał się przyzwyczaić. Co do samego budynku... Tygrys stwierdził, że jakaś stara ta szkoła. To prawada pamięta nie tylko czasy Mamy :) Budynek swoje lata ma już dawno za sobą, ale jest odświeżony. Jedyne co mnie przeraża (choć jako uczennica nie zwracałam na to uwagi) to wąskie korytarze i drzwi, które z impetem otwierają starsi uczniowie, nie zważając na to, że obok są maluchy. Niestety starsi i młodsi uczą się w sąsiednich salach i Synek był nieco przerażony jak zobaczył na korytarzu biegających dryblasów. Pani co prawda zwracała uwagę, ale dla mnie to lekkie nieporozumienie, zwłaszcza, że są dwa skrzydła i bez problemu można by było rozbić klasy młodsze i starsze, jak to było wcześniej. Choć podejrzewam, że i tu swoje zrobiła pandemia. 

1 września dostaliśmy plan lekcji. Słabo to wygląda. Zorganizowaliśmy życie przede wszystkim Babci. Przez cały tydzień będzie Synka prowadzała i zabierała, raz jeden my, kiedy kończy później. Szkoda, że nie będziemy mogli Mu towarzyszyć. I wdzięczność za Babcię, która nam tak pomaga. Dzięki temu nie musimy Chłopaka zostawiać w świetlicy, i tak wystarczy Mu nowych wrażeń. Myśleliśmy, że wspomożemy się jakoś z sąsiadką, której dzieci też chodzą (choć w naszych przypadkach to raczej jeżdżą) do tej samej szkoły, ale nie ma nawet jednego dnia, w którym moglibyśmy sobie pomóc. Poza planem, wychowawczyni oprowadziła dzieci i rodziców po szkole, a przynajmniej po tych ważnych dla obu stron miejsca. w innych placówkach nie było to takie oczywiste. Znajoma nabiegała się po korytarzach w sąsiedniej szkole. Wreszcie z podręcznikami ruszyliśmy do domu, a raczej do sklepu po uzupełnienie wyprawki i buty, bo ostatnie (wydawało się nowe) prosiły już o jedzenie. Popołudnie spędziliśmy w pięknym miejscu (o czym w następnym wpisie), a wieczór w miłym towarzystwie z okazji urodzin sąsiadki.

Dni nauki były spokojne. Poza jednym, może dwoma "nie chce mi się" Tygrys pomaszerował do szkoły. Może nie ochoczo, z lekkim smutkiem i strachem na twarzy, ale bez histerii, której się spodziewałam. Pierwszego dnia miał w-f, więc był szczęśliwy, bo wybiegał się z kolegami. Do tego sporo czasu spędził rano z Babcią, bo miał na 12.35. Więcej stresu przyniósł piątek z racji na lekcję angielskiego z nową panią, ale ta okazała się sympatyczna, sąsiadki ją chwalą. Ostatnia była informatyka, na którą Chłopak czekał. Niestety póki co bez komputerów. A najgorsze było to, że o ile zwykle buzia Młodemu się nie zamyka, tym razem nie chciał się dzielić wrażeniami. Zmęczenie, stres, przetwarzanie... Ale wzięliśmy to na klatę, choć ciekawość nas zżerała i mocno się musieliśmy pilnować (szczególnie ja), żeby ciągle nie zadawać  pytań. 

A jak ochoczo ta moja Drobnica dźwigała plecak. W czwartek wręcz zabraniałam, bo niósł do szkolnej szafki podręczniki i ważyło to naprawdę sporo, ale w piątek nie było już przeciwskazań. Jej. Momentami nie wierzymy, że to się dzieje. 

Rok szkolny przyniósł ze sobą "kombinowanie", jak to wszystko ze sobą pogodzić bez szkód na zdrowiu fizycznym i psychicznym naszej trójki, na naszym wspólnym czasie. Zawsze byłam daleka od wypełniania dziecku całego wolnego czasu, ale jakoś samo tak wyszło. Tygrys zaczął na wakacjach naukę pływania i nie chcemy z tego rezygnować. Szkoda zmarnować to, co już wypracował. Postanowiliśmy w tym roku zapisać Go na angielski. Z oporami, ale dał się przekonać. Chce mieszkać w Anglii, nie ma wyjścia. Znaleźliśmy szkołę, w której program zakłada jedną lekcję w tygodniu i nam to pasuje. Ale w tzw. międzyczasie Tygrys zapragnął trenować piłkę, nowa pasja. Byliśmy oboje zgodni, co do tego, że to nie jest sport dla Niego (kontak, grupa chłopców, donośny głos trenera), ale chcieliśmy dać Mu szansę. Tak, jak się spodziewaliśmy nie ruszył się z ławki. Spróbujemy za jakiś czas. Przyznaję, że trochę mi ulżyło, bo treningi wypadają akurat w te dni, kiedy Chłopak kończy późno. Co prawda mamy je zaraz za oknem, ale po całym dniu w szkole jechalibyś prosto na boisko. Do tego w jeden dzień wypadał angielski. Ale, żeby nie było, że to my się nie zgodziliśmy. Sama do dziś mam żal do rodziców, że nie dali mi szansy ze szkołą muzyczną. Bez piłki ten nasz tygodniowy harmonogram nie będzie taki straszny. Choć w tym wszystkim najważniejsze jest to, żebyśmy mogli korzystać ze szkoły i dodatkowych zajęć w normalnym trybie. 

Sporo tych szkolnych refleksji. Dobrze, że napisałam szkolnych. Ciągle się zapominam i ku irytacji Tygrysa mówię o przedszkolu. Jeszcze chwilę mi pewnie zajmie przyswojenie, że mam w domu uroczego ucznia klasy pierwszej. 

6 komentarzy:

  1. Powodzenia dla Was... Trudny czas, ale wierzę, że będzie dobrze :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Trzymam za Was kciuki! U nas też przygoda ze szkołą rozpoczęta. Zobaczymy, jak to się potoczy. Na razie uczucia mieszane i emocjonalny rollercoaster.

    OdpowiedzUsuń
  3. Super, że wszystko fajnie się układa. Mam nadzieję, że dalsze dni przyniosą wiele pozytywnych wrażeń. Huśtawka emocjonalna to chyba standard my przechodziliśmy to w zerówce bo na tym etapie zdecydowaliśmy się na zmianę przedszkola na szkołę. Teraz z każdym rokiem jest coraz lepiej.
    Fajnie, że Tygrys zaczyna mieć smykałkę również do zajęć sportowych. Dla chłopaka to ważne żeby pod względem sprawności fizycznej nie odstawać od innych dzieci. Wybór konkretnego sportu to już kwestia predyspozycji konkretnego dziecka – jedne lepiej odnajdują się w sportach drużynowych, inne w indywidualnych. Fajnie jest też próbować różnych rzeczy bo to bardzo rozwijające. Mój syn generalnie ma talent do zajęć fizycznych i czego by nie zaczął to dobrze mu wychodzi (najgorzej jest chyba z basenem bo w wodzie strasznie się spina) ale ewidentnie najlepiej czuje się w sportach drużynowych. Jak na razie piłka nożna rządzi. Myślę, że jak trochę podrośnie to przyjdzie też czas na inne sporty piłkarskie. A.

    OdpowiedzUsuń
  4. Tygrys szybko Wam rośnie, trzymam kciuki za Was, aby przygoda szkolna okazała się jeszcze ciekawsza i wspanialsza niż można to sobie wyobrazić.
    Buziaki

    OdpowiedzUsuń
  5. Mamo Tygrysa! Trzymam za Was mocno kciuki, na pewno Tygrys świetnie sobie poradzi ze wszystkim.
    Dziwię się, że dzieci starsze i młodsze są tak blisko siebie. U nas to zupełnie inne skrzydło, osobne wejście, inna szatnia itd. Myślę, że to ważne.
    U nas na razie super i powiem Ci, że o ile miałam mieszane uczucia odnośnie świetlicy, bo sama nie chodziłam tylko odbierała mnie babcia, to widzę, że to był strzał w dziesiątkę. Właśnie po lekcjach dzieci mają czas na swobodną zabawę, integrację, trochę jak w przedszkolu, więc wczoraj gdy mąż za wcześnie odebrał dziewczynki ze szkoły to był płacz, że "właśnie miałyśmy się bawić z kimś tam"
    Najgorzej radzę sobie ja... ze wstawaniem te 15 minut wcześniej, by naszykować śniadanie hahaha

    Buziaczki, trzymajcie się cieplutko!

    OdpowiedzUsuń
  6. U nas świetlica uchodzi za najlepsze miejsce w szkole  - miejsce gdzie można się wyszaleć i zintegrować z kolegami w zupełnie inny sposób niż w klasie. Jest plac zabaw, boisko, wielka piaskownica. Dla chętnych jakieś zajęcia plastyczne (mój nigdy nie jest chętny – woli kopać piłkę albo doły w piasku ;-) ). Dzieci starsze są oddzielone od młodszych.
    Przy czym wydaje mi się, że bardzo dużo zależy tu od konkretnej szkoły – są takie gdzie dzieci siedzą stłoczone w jednej niedużej sali a Panie pilnują tylko żeby się nie pozabijali. Wtedy to rzeczywiście ma niewielki sens. A.

    OdpowiedzUsuń