wtorek, 15 września 2020

Nasza codzienność: pierwsza połowa września 2020 r.

I stało się. Po kilku miesiącach przerwy wróciliśmy do naszych obowiązków. Ja do pracy, Tygrys do przedszkola. Synek bardzo cierpiał, bo najchętniej dalej spędząłby czas z nami w domu. Niestety, choć bardzo bym chciała, nie możemy sobie na to pozwolić. Młody pociesza się tym, że to ostatni rok w przedszkolu. Aż oczy Mu się świecą, gdy o tym mówi. Nie zdaje sobie sprawy z tego, co oznacza szkoła. Delikatnie wspominamy o tym, z czym wiąże się pierwsza klasa, ale póki co niech cieszy się Chłopak swobodą. 

Pierwszy dzień przedszkola przywitał nas deszczem i lekkim zamieszaniem w progach placówki, ale nie było aż tak źle. Kolejne dni już zupełnie bezproblemowe. Mam wrażenie, że jest sprawniej niż w minionych latach. Nie siedzimy sobie z innymi rodzicami na plecach, niejednokrotnie kichającymi i smarkającymi. Może nieco utrudniony jest kontakt z paniami, ale na razie nie ma o czym rozmawiać, a wszystkie potrzebne informacje są wywieszane na tablicach. Póki co o wydatkach. Z odbiorem też sprawnie, choć pewnie zależy jak się trafi. W naszym przedszkolu codzienność płynie normalnym rytmem. Jedyna zmiana to brak szczotkowania zębów, czego akurat nie rozumiem, bo ręczniki normalnie obowiązują. Pierwszego dnia mogłam wejść do szatni, drugiego pani wyrwała mi Tygrysa, ale zaprotestowałam. Chciałam się z nim spokojnie pożegnać. Buziak, przytulas. W wytycznych jest co prawda napisane, że w szatni może być dwoje rodziców i tak było pierwszego dnia. Teraz rozstajemy się w drzwiach. Nie ma problemu. Wiem o tym, więc żegnamy się wcześniej. Dzieci mają dostęp do zabawek, wychodzą na plac zabaw. Nie mogą korzystać tylko z oferty pozaprzedszkolnej. Szkoda, bo przedszkole wszystkiego nie nauczy. Mam nadzieję, że za jakiś czas to zmieni i będę mogła spotykać się z naszymi przedszkolakami częściej. 

A co na to Tygrys? W stosunku do przedszkola nic się nie zmieniło. Nie lubi i tyle.  Poranki nie wyglądają tak, jak dwa czy trzy lata temu, ale łatwo nie jest. Choć mam wrażenie, że chodzi już bardziej o jedną z pań, a nie o samą placówkę. Pani  E. jest typem, za którym Młody nie przepada. Za głośny, za dużo go wszędzie. Jakież było zdziwienie koleżanki z grupy, kiedy usłyszała, że Tygrys woli panią A. od E. - jej ulubionej. Kwestia charakteru, wrażliwości. Ja mam mieszane uczucia. Z jednej strony pani, za którą Chłopak nie przepada jest spontaniczna, wesoła, czytelna. Z drugiej mocno ich ciśnie. Niby za chwilę szkoła (choć w pięciolatkach, to jeszcze trochę do pierwszej klasy było), ale mam wrażenie, że chodzi o to, że dzieci przy książkach zajmują się sobą i nie trzeba im organizować zabawy. Z ulubioną panią Tygrysa mam problem, bo nie do końca wiem o co jej chodzi. Ale ma fajne wyważone podejście. Podręczniki owszem, ale jest czas na zabawę. I tą swobodną, i tą animowaną przez nauczyciela. Rzadko odbieramy Tygrysa, ale zawsze ta pani jest z dziećmi. Na dywanie czy przy stolikach. Do tego dzieci przy niej są zupełnie inne. Charakter pań przekłada się na zachowanie maluchów. Najważniejsze, że jest zachowana równowaga. Poza tym w szkole Synek będzie spotykał się z różnymi ludźmi i będzie musiał sobie radzić. My na ile możemy wspieramy, tłumaczymy. Ale aż serce boli, jak patrzę co dzień rano na te smutne oczyska. A popołudnia tak krótkie dla nas. Tego mi najbardziej szkoda.

Pierwsza sobota września upłynęła nam na porządkach. W końcu trzeba było ogarnąć chałupę, a wieczorem spotkała nas niespodzianka. Obok nas przejeżdżała na rowerach rodzina koleżanki Tygrysa z przedszkola i zatrzymała się na chwilę rozmowy. Miłe zakończenie dnia. Nie sądziłam, że jeszcze nawiążemy tak fajną znajomość. Nie szukaliśmy jej specjalnie, jakoś sama przyszła. Jesteśmy w tym samym wieku, myślimy podobnie, do tego podobne doświadczenia życiowe. Naprawdę lubię spotykać się z tymi ludźmi. Tylko Tygrys żałuje, że to mama dziewczynki, a nie jakiegoś chłopca w grupie. Nic nie poradzę, że z mamami kolegów mi nie po drodze. To spotkanie było chyba zapowiedzią towarzyskiego września. Już w niedzielę gościliśmy naszych przyjaciół z Synkiem i kolejną pociechą w drodze. Krótkie to spotkanie. Mamy niedosyt, ale najpierw Tygrys regulował nam wizyty, a teraz jego młodszy prawie dwuletni braciszek, jak go nazywamy. My możemy sobie planować, a Chłopaki i tak zorganizują czas po swojemu. A za chwilę będzie jeszcze większa gromadka. 

Kolejny poniedziałek przywitał nas pochmurnym niebem. Na szczęście popołudnie było już piękne i babcia zabierała Tygrysa z placu zabaw, a ja wreszcie dotarłam do fryzjera. Trzeba było zakryć siwulki. Dwa dni później na ten sam fotel trafił Młody. Tata Tygrysa jeszcze przed nami zyskał nowy image. Skąd takie poruszenie? Szykowaliśmy się do ważnej uroczystości rodzinnej. Szczegóły wkrótce.



Drugi tydzień września przyniósł też lekką (prawie niezauważalną :) zmianę w podejściu do przedszkola. Zapomniałam dodać, że Tygrys nie cierpi podręczników, szlaczków i literek. Z czytaniem nie ma problemu, ale na pisanie reaguje alergicznie, więc nie przymuszamy. W związku z tym strasznie przeżywał podręcznik, który właśnie dotarł. Ale obudził się we wtorek i stwierdził, że jednak te książki nie są takie złe. Co nie zmienia faktu, że nadal nie lubi przedszkola. Mamy krzyk w nocy, nerwówki w dzień i nerwobóle rano. Codziennie znajdzie się czynność, która Chłopaka zestresuje. W czwartek rano na przykład wizja wycinania, w piątek zabranie ręczników itp. Cały czas mam z tyłu głowy, że to dopiero dwa tygodnie po półrocznej przerwie.

Przygoda z przedszkolem nie potrwała długo, bo piątek przywitał nas katarem. Wiedziałam, że to tylko kwestia czasu, bo z 25 dzieci jest 16. Ten katar nie jakiś specjalny, ale glejt podpisaliśmy, więc Tygrys został z babcią. Tymczasem kilka godzin później dowiedziałam się, że są w grupie dzieci z gilami po pas. W poniedziałek (jeśli Młody będzie ok) poproszę panią, żeby mi to wytłumaczyła. Czegoś tu nie rozumiem. Zostawiam dziecko w domu, tymczasem chore dzieci są w przedszkolu (i to mam niepracujących). Coś tu nie gra. Wkurzam się, bo nie mogę sobie pozwolić na wolne i źle mi z tym, że ciągle obciążam babcię, a inni mają to w nosie. Podobno panie proszą, tłumaczą. A tu nie ma co tłumaczyć, tylko konsekwentnie trzymać się zasad. Poniosło mnie. Ale Tata Tygrysa na początku września powiedział, że będzie tak, jak zawsze. Nie mylił się.

Kilka postów wstecz wspominałam, jak Tygrys zaczął jeździć na rowerze. Teraz zapał nieco osłabł. Za to wykorzystuje każdą możliwość, żeby śmigać na hulajnodze. I śmigać to jest najlepsze określenie. Ja boję się patrzeć na jego wyczyny. W pierwszych dnia września musiałam (i chciałam :) się pojawić na mszy świętej w tygodniu. Tata z Tygrysem zostali na zewnątrz. A że wokół kościoła drogi wewnętrzne, puste w zwykły dzień, więc mógł szlifować swoje umiejętności, aż siostry zakonne się oglądały. 

Wrzesień to również kolejna akcja biedronkowa. Na zakupy trafiliśmy w pierwszy dzień. Nie mieliśmy nawet pojęcia, że jest, ale mały bystrzacha wypatrzył. I tak większość zakupów robimy w owadzim dyskoncie, więc naklejki zbieramy, podobnie jak babcia i ciocia. Poza tym Tygrys kocha wszelkie maskotki i często się nimi bawi, szczególnie słodziakami. Tyle, że fajniaki w stosunku do poprzednich, już takie fajne nie są. Szału nie ma, choć Tygrys ma pewnie inne zdanie. Wiadomo. A jakby tego było mało, tylko co  powiększył gromadę pluszaków o nowe z akcji z lokalnego sklepu. Że też dajemy się w to wkręcać.

Ku mojej radości Tygrys znowu sięgnął po puzzle. Cieszę się, bo to jedna z moich ulubionych aktywności. Mieliśmy pół roku przerwy. Wcześniej układał dywany z różnych zestawów, a potem długo nic. Jest nadzieja, że jesienne popołudnia spędzimy z układankami. Póki co zakupiłam nowy zestaw, bo ileż można układać to samo. Z 1000 moje oczy już nie dają rady, ale taka piękna 500...



Od jakiegoś czasu widzimy zmiany w aktywności Tygrysa. Dłuższe wieczory zachęcają do sięgania po planszówki.



Powrót Młodego do przedszkola przyniósł bonus dla rodziców - dłuższe wieczory. Poranne wstawanie wiąże się z wcześniejszym zasypianiem, a to oznacza, że około 21 mamy wolne. I czas dla siebie. Za nami serial "1983". Historia alternatywna. Wizja Polski, w której nie miały miejsca wydarzenia 1989 roku.  W kontekście wydarzeń zza wschodnią granicą, tym bardziej przerażająca. I choć za dużo się w nim działo, momentami się gubiłam, był zbyt mroczny, to i tak warto było zobaczyć. Mamy więcej czasu na książki. Mi udało się przeczytać dwie. "Ilustratorzy, ilustratorki" aż zachęciły mnie do powrotu do literatury dziecięcej sprzed lat. Poza tym dalej jesteśmy w tematyce żydowskiej. Tata Tygrysa przeczytał po mnie "Mazel tow", a ja nowy tytuł. 


Na podwórku mieliśmy zaskakujących gości. Tata Tygrysa odmalował ogrodzenie. Co prawda ma zaledwie rok, ale nasza woda jest pełna żelaza, które zaczęło uaktywniać się na płocie. W opróżnione ogrodowe skrzynki posialiśmy sałatę i rzodkiewkę, a Tata z Tygrysem dosadzili nowe krzewy owocowe. 



Tym sposobem weszliśmy w drugą połowę września. Ciekawe co przyniesie.

8 komentarzy:

  1. Piekni goscie ogrodowi!

    Ech, z tym podejściem do gili. Choc ja nigdy nie byłam zagorzala fanka siedzenia w domu z powodu kataru i juz sie irytowałam nowa rzeczywistością, że teraz z byle kataru nie pozwolą do szkol i przedszkoli chodzic co jest akurat przesada. To tak jak piszesz, tez by mi się ciśnienie podniosło- albo w tą albo w tą, a nie jedni musza inni niekoniecznie. U nas w piatek ze szkoly Tola wrocila lekko pociągając nosem, szybka inhalacja i przez weekend i po sprawie.

    Pamiętam jak Tymon tez nie przepadał za praca w podręcznikach, za pisaniem, ale i czytaniem :) chlopaki chyba tak mają. Tola wrecz uwielbia, jest taka dumna i pilna przy tym. :)

    Ciekawi mnie ta tajennicza uroczystość :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Modliszkę widzieliśmy pierwszy raz w życiu. Trochę przerażająca.
    U nas w szkołach za chwilę nie by kogo uczyć, bo dzieci zostają w domach. W naszym przedszkolu frekwencja nieco większa. Dziś Młody wrócił, z oporami, ale wyjścia za bardzo nie ma. Zdrowy. Zobaczymy jak długo. W te dni mógł spokojnie iść do przedszkola, ale ja jestem z tych zdyscyplinowanych. Skoro podpiasałam glejt, to się zobowiązałam do czegoś. Ale widzę, że to tak nie działa i czekam na zebranie, żeby wyjaśnić o co chodzi. Bo do pań dostać się trudno.
    Tygrys czytać bardzo lubi i z każdym tygodniem robi postępy. Ale literki... Ciężko będzie.
    Uroczystość nie tak znowu tajemnicza, tylko post wyszedł za długi :) Chrzest w rodzinie.
    Uściski

    OdpowiedzUsuń
  3. Modliszka piekna! W starej pracy mielismy ich zawsze zatrzesienie. Na oslonecznionych scianach wygrzewaly sie okazy na 10 cm! :O

    Moi z kolei leca do szkoly jak na skrzydlach. Edukacja zdalna tez im nie przeszkadza, ale poki co uwielbiaja swoja szkole, co mnie oczywicie bardzo cieszy. W ich szkole w tym roku oczywiscie korono-panika. Corka sasiadki poskarzyla sie na bol gardla i zadzwonili po rodzica z nakazem zrobienia testu na wiadomego wirusa. :O

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie ta modliszka trochę przerażała, a konika przeganialiśmy bo upodobał sobie ten świeżo pomalowany fragment ogrodzenia.
      Ja w tym momencie mam poczucie, że nasze dziecko nigdy nie będzie leciało do placówek. I przed nami kilkanaście lat marudzenia. U nas większość rodziców nie ma problemu z oddaniem dziecka z katarem, mimo podpisywania glejtów. Nic tu się nie zmieniło. I nie zmieni. Na szczęście w grupie szaleństwa kovidowego nie ma.

      Usuń
  4. Moi po 4 dniach w przedszkolu wrócili z katarem. Wykurowali się w ciągu kolejnego tygodnia urlopu, ale była nawet gorączka. A wcześniej, przez pół roku nieobecności w przedszkolu zdrowi jak ryby!
    Czasu faktycznie mało popołudniami, chłopaków trzeba budzić rano, mimo że chodzą spać między 20 a 21.
    Musimy pomyśleć o ciekawych planszówkach dostosowanych do wieku młodzików (4 lata i 5,5). Ma Pani jakieś sugestie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najpierw przejdźmy na Ty 😀
      U nas dokładnie tak samo. Zdrowe dziecko przez pół roku. A teraz pewnie będzie niekończąca się historia. Chociaż w grupie po chwilowym pogromie znów jest większość dzieci. Ale sezon chorobowy przed nami.
      Popołudniu do snu zaledwie 2 godziny dla nas. Dobrze, że wieczorem przy czytaniu można się jeszcze poprzytulać z Młodym.
      Za dużo gier nie mamy. Za dużo tego jest na rynku i nie wiadomo co wybrać. U nas od dawna świetnie sprawdzał się "Park dinozaurów". Gra bez rywalizacji. Z tej serii są jeszcze inne tytuły. A seria to "Rodzinka wygrywa".
      Pozdrawiam

      Usuń
  5. U nas żłobek dość mocno pilnuje żeby dzieci z objawami choroby nie przychodziły. Mąż był wczoraj świadkiem jak trójka rodziców odbiła się rano od drzwi (gorączka, gile do pasa...). Sama też byłam już świadkiem takiej sytuacji. W szkole reżim trochę mniejszy, nie będę hipokrytką i przyznam się, że starszak lekko pociągający nosem cały czas chodzi. Jakbym z powodu każdego kichnięcia miała go zatrzymać w domu to pewnie frekwencja byłaby około 1%. Starsze dzieci mają u nas możliwość włączenia się on-line w klasowe lekcje. Młodsze tej opcji nie mają więc znów ciężar edukacji leżałby na mnie albo na dziadkach. Z resztą nie wyobrażam sobie żeby siedział przed komputerem prawie non-stop od 8 do 12.30.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że placówki zabezpieczając się na wszystkie sposoby, nie przewidziały, że może przyjść moment, że nie będą miały kogo uczyć. U nas poprawa w frekwencji. Ale nic się nie zmieniło. Jak w poprzednich latach dzieci chore są w przedszkolu. I to tych samych rodziców.
      Zdrowia życzę. Niech te nasze Chłopaki, jak najdłużej korzystają ze szkoły i przedszkola.

      Usuń