Tygrys od kilku tygodni powtarza, jak szybko minął Mu ten rok. Uśmiecham się pod nosem, bo wiem, że z każdym rokiem czas będzie przyspieszał jeszcze bardziej. Mam wrażenie, że jeszcze niedawno mówili mi o tym rodzice, a teraz sama doświadczam jakiegoś turbo przyspieszenia. Ale nie miałam tak jako 10 latka. Może odczucia Tygrysa wzięły się stąd, że to był dla nas ciekawy rok. Zaczął się z przytupem, a potem było kilka okazji podkreślających upływ czasu... Komunia, nasze 45, wspólna 20. A może wszystko za sprawą potwora, o którym czytamy teraz w jednej z książek dla dzieci. Jego nazwa "Tempus fugit" mówi sama za siebie. Chyba zostanę przy potworze. Zawsze to lepiej mieć na kogo zwalić. A cóż to działo się u nas?
Nowy Rok przywitaliśmy w naszym rodzinnym, trzyosobowym gronie. Zimne ognie przy wtórze fajerwerków. Nigdy nie byłam ich fanką, choć wyglądają pięknie, ale dlaczego są takie głośne. Szkoda było nam Królisia i innych zwierzaków.
Na początku stycznia na fali nowej ekranizacji Pana Kleksa, obejrzeliśmy film z naszego dzieciństwa. Niesamowite, jak przez te 40 lat rozwinęła się technologia. Dla Tygrysa ten sprzed lat to jak z epoki kamienia łupanego, ale obejrzał do końca i nawet Mu się podobał. Dla nas mimo upływu czasu również.
6 stycznia odwiedziła nas Chrześniaczka Taty Tygrysa z rodzicami. To już taka mała tradycja, choć K. nie taka mała. Coś czuję, że w tym roku będzie nas przy stole więcej, bo pojawił się chłopak. Był już na komunii Tygrysa. Bardzo sympatyczny młody człowiek i odnalazł się wśród grona babek i ciotek.
Połowa stycznia i kolejny wyjazd na południe Polski. Tym razem ruszyliśmy w Trójkę. Po konsultacji SI Tygrysa, czekając na warsztaty o traumie, pojechaliśmy do Wadowic, gdzie wszystko się zaczęło :) Podążaliśmy śladami Karola Wojtyły, a wracając zahaczyliśmy o Inwałd i park miniatur. Synek był w raju, bo przy takiej aurze w powszedni dzień byliśmy jedynymi zwiedzającymi. Nie wiem czy to okoliczności pogody, ale miejsce nie specjalnie nas urzekło. Miniatury robią wrażenie, ale "wioska Mikołaja" delikatnie mówiąc słabiutka. Na Podlasiu mamy o wiele atrakcyjniejszą. Ale karuzele, szczególnie AutoScooter, tylko do naszej dyspozycji, to było coś.
Od tego momentu do końca marca mamy dziurę w zdjęciach i kalendarzu. Martwiliśmy się o zbliżające się ferie, bo Tygrys niekoniecznie chce zrywać się rano do dziadków, a ma mieszane uczucia o zostawanie samemu w domu. Sytuacja sama się rozwiązała, choć wolelibyśmy żeby tak się nie stało. Wracając z Żywca (szczęście w nieszczęściu) kilkadziesiąt kilometrów od domu mieliśmy wypadek. Taki splot różnych okoliczności. Nagle zmieniła się pogoda, skróciliśmy drogę i wpadliśmy w poślizg uderzając w betonowy przepust. Tata Tygrysa analizował potem wiele razy sytuację i wyrzucał sobie, że posłuchał gpsa. Czuł się odpowiedzialny, chociaż to nie była jego wina. Na S19 były tak samo trudne warunki, a w starciu z większym autem bylibyśmy bez szans. Poza tym ludzie z domu obok, którzy się nami zaopiekowali aż rozpaczali, że to kolejny wypadek w tym miejscu. Uderzenie poszło na nas. Dobrze, że Tygrys był w foteliku. Mimo Jego protestów nie odpuszczamy. Jest chyba jedynym dzieckiem w klasie, które nadal jeździ w foteliku, ale przekonał się, że ten go uchronił. Co prawda uderzenie poszło z naszej strony, ale Tygrys miał tylko jakieś mikrourazy. Do tego miał ze sobą maskotki, dokupił kolejną wielką chwilę wcześniej w Ikei i zwierzaki trochę zamortyzowały uderzenie. Nas bolało, jak jasna cholera. Tata był w stresie, więc odczuł dopiero na drugi dzień. Pocieszał się, że może nie było tak źle, bo zakupione szklanki i zupa, którą wieźliśmy z Żywca przetrwały. Człowiek w stresie chwyta się dziwnych rzeczy. Ale na drugi dzień, jak emocje opadły, poczuł jak boli. Każdy oddech sprawiał ból. Zmiana pozycji. Ja byłam czarna od siniaków. I tak rozwiązał się problem ferii. Tygrysa ominęła ostatnia szkolna choinka. Dmuchaliśmy na zimne. Niby nie miał poważnych urazów, ale po konsultacji z pediatrą, został w domu. To było na świeżo, a na zabawie raczej nie siedziałby grzecznie pod ścianą. To był trudny czas, ale spotkaliśmy się z masa dobra, życzliwości i takiej realnej pomocy. Wujek, który mimo swoich chorób, odwiózł Chłopaków do domu, kiedy ja byłam zaraz po wypadku w szpitalu. Szwagier z Tatą, którzy przetransportowali mnie do domu, znosząc moje wrzaski przy każdym zwiększeniu prędkości, a na drogach było strasznie. Potem rodzice, którzy zadbali o jedzenie. Rodzice przyjaciela z klasy, przygarnęli na nockę czy dwie Tygrysa, żeby zmienił otoczenie i dał nam dochodzić do siebie. Moja koleżanka z pracy nie narzekała, że zmieniłam jej plany. I nasza perspektywa też się zmieniła, bo najważniejsze, że żyjemy. Szukając plusów (poza dwoma tygodniami na feriach razem :) mamy nowe auto, bo poprzednie poszło do kasacji. Przyjaciel nie tylko pomógł nam je znaleźć, ale zawiózł do Katowic, żebyśmy mogli je kupić. Mamy wreszcie porządne auto, którym podjeżdżamy w pole pod nasz dom. Do dawna przybieraliśmy się do zmiany, ale póki jeździło poprzednie, odkładaliśmy ten wydatek. Po wypadku nie mogliśmy już zwlekać, a że G. ma dar wynajdywania świetnych wozów skorzystaliśmy i jesteśmy Mu naprawdę wdzięczni. Czasami żartuję z Męża, że jak chciał zmienić auto, to mógł to zrobić mniej boleśnie. Bo boleć przestało mnie w lipcu. Pamiętam, jak na krótkim wyjeździe do Torunia, zorientowałam się, że mnie już nic nie boli. Cudowne uczucie. Trudniejsze do udźwignięcia było to, że nie mogłam masować Tygrysa. Zanim przestało boleć i zanim się pozbierałam minęło kilka miesięcy. Tego żałuję.
Wypadek wypadkiem, ale życie toczyło się dalej. Przyszło kolejne w naszym życiu Zmartwychwstanie, kolejne Urodziny Taty Tygrysa, okrągłe 45, kolejna wiosna, a z nią zapachy i kolory wokół domu. I wreszcie...
Żeby nie przedłużać wspomnienie o tej ważnej uroczystości zostawię na kolejny wpis, za który się zabiorę za chwilę. Nie jest źle. Dotarłam do maja :)
Straszne, że mieliście wypadek, ale całe szczęście, że jesteście i że trwała szkoda fizyczna Was nie dotknęła. Wiem znacznie więcej o wypadkach niż chciałabym (mój kuzyn nie odzyskał sprawności) i dlatego cieszę się, że to już za Wami. Zawsze warto celebrować życie i każdą dobrą chwilę.
OdpowiedzUsuńŚciskam ciepło i życzę błogosławieństwa Bożego na Nowy Rok.
Fizyczne dolegliwości minęły, ale trauma pozostała. Pewnie musi minąć trochę czasu.
UsuńDziękujemy za życzenia
Hihi fajnie że narobisz.... czyli trudny czas za Wami, cieszę się że na siniakach się skończyło....
OdpowiedzUsuńSiniaki zeszła, trauma pozostała, ale wierzę, że czas zrobi swoje.
Usuń